Ta strona używa plików Cookies. Korzystając z naszej strony bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia

Zamknij

Złoty Potok

Leśniczówka Złoty Potok
Złoty Potok 1
66-213 Skąpe (woj. Lubuskie)
tel. 0048 600 990 206



Legendy i opowiadania

  • Legenda o Złotym Potoku

    Dziadek Wawrzyniec i wnuczek Michaś dobrnęli do stromego urwiska niewielkiego jeziora i odszukawszy łagodniejszy stok zeszli do samego brzegu. Wawrzon przygotował wędkę i zarzuciwszy ją, popatrywał jak kolorowy spławik balansuje na drobnych zmarszczkach wody, która w promieniach zachodzącego słońca zdawała się mienić złocisto-seledynowymi barwami. Niedługo czekali, gdy spławik drgnął, a potem szybko zaczął zanurzać się w wodzie. Wawrzon zaciął wędkę i po chwili na piaszczystym brzegu trzepotała się dorodna ryba. - Dziadku, jaka to rybka? – zapytał Michaś i pobiegł odczepić zdobycz z haczyka. - To szczupak, Michałku, ryba drapieżna, która żywi się innymi mniejszymi rybkami. - Tu musi być dużo ryb w tym stawie, prawda dziadku? - Michałku, to nie jest staw, tylko jezioro. I chociaż mniejsze od wielu innych w tej okolicy, jest jednak jeziorem. A ryb w nim rzeczywiście dużo, i to różnych. - A dlaczego ta woda jest taka jakaś złocista? - Bo to jezioro nazywa się Złoty Potok. - Czy tu kiedyś wydobywano złoto? - Nie, ten złotawy odcień wody jest po prostu złudzeniem powstającym podczas wschodu bądź zachodu słońca, ale niektórzy, szczególnie starzy ludzie mówią, że to nieprawda. - Dlaczego, dziadku?

    - Legenda głosi, że w jeziorze Złoty Potok rzeczywiście znajduje się złoto zatopione tu w dawnych wiekach. - Opowiedz, dziadku, bardzo proszę. Powiedz, kto je tu zatopił i dlaczego? - Niewiele o tym wiem, ale skoro bardzo chcesz opowiem ci, chociaż nie jestem pewien, czy potrafię to zdarzenie powtórzyć dokładnie. Wawrzon zaciął wędkę po raz drugi i wyciągnął na brzeg pięknego, srebrzystego okonia. Chłopiec zdjął rybę z haczyka i wrzucił do wiadra z wodą, ponaglając dziadka, żeby opowiedział o zatopionym złocie. - Podobno kiedyś, przed wiekami – zaczął Wawrzon – przez tutejsze ziemie przewalały się różne wojny. Niszczyły kraj, a ludzie po wsiach i miastach tracili domostwa i dobytek, zaś rozbestwione żołdactwo rabowało wszystko co się dało. Wielu ludzi zubożało doszczętnie. Ale byli tacy, co na wojnach bogacili się. Należeli do nich właśnie żołnierze-rabusie, którzy łupili nie tylko bogatych mieszczan i wieśniaków, ale i dworom często nie przepuszczali. Zdarzało się, że niektórzy z nich, ranni lub chorzy, zakopywali w ziemi nagroamdzone bogactwa i znakowali miejsca z myślą, że kiedyś po nie wrócą. Nie zawsze tak się kończyło. Niekiedy rabuś ginął w bitwie lub umierał, a skarby zostawały w ziemi. Zdarzało się, że niektórzy pilnowali swoich skarbów nawet po śmierci, błąkając się po okolicy jako dusze potępione za występki popełnione za życia. - I straszyli tych, co chcieli wykopać złoto? – przerwał Michaś, chociaż bardzo go ciekawiło, co to wszystko ma wspólnego z jeziorem. - Ano, straszyli – odrzekł Wawrzon, majstrując coś przy haczyku i przynęcie. – Tak i tu było. Podobno jakiś wojak-rabuś, czując już bliską śmierć, zakopał w skarpie przy jeziorze zagrabione na wojnie kosztowności i odszedł. Nie umarł jednak, ale ponieważ chorował długo po ranach odniesionych w bitwach, więc poprosił swojego przyjaciela, który razem z nim na wojnę chodził, żeby poszedł i wykopał skarb, a otrzyma za to jego połowę. Przyjaciel poszedł, lecz złota nie znalazł. Jako, że długo chodził wokół jeziora i grzebał w ziemi, ludzie zmiarkowali, że skarbu jakiegoś szukał. I tak poszła po okolicy wieść o bogactwach nad jeziorem Złoty Potok.

    Wawrzon przerwał na chwilę, szarpiąc wędką, bo wydało mu się, że jakaś duża ryba wzięła, ale to tylko haczyk zaczepił o coś na dnie i zamiast ryby dzidek wyciągnął wiecheć wodorostów. - I nikt tego złota nie wykopał? - Było wielu śmiałków, którzy próbowali zdobyć to bogactwo, ale nikomu się nie udawało, bo skarbów pilnował ów żołnierz-rabuś, który je tu za życia zakopał, a po śmierci czuwał, aby ich nikt nie wydobył. - Jak to czuwał? - Każdemu, kto się tu tylko pojawił z łopatą, albo i innym narzędziem do grzebania w ziemi, ukazywał się pod postaciami różnych istot demonicznych. A taki strach wokół siebie tworzył, że nawet najodważniejsi uciekali przed nim. - I nikt mu nie mógł nic zrobić? - Znalazł się ponoć taki, co się nie bał, ale na złe mu to wyszło. Był to niejaki Józef kopacz, tak go przezywali, bo prawdziwego nazwiska nikt nie znał, który z Niesulic czy też z Przełaz, a może i z samego Świebodzina pochodził. Ten to właśnie śmiałek postanowił odnaleźć i wydobyć złoto. Przyszedł tedy nad jezioro z łopatą i rozpoczął poszukiwania. Nie od razu znalazł to, czego szukał. Chodził może z miesiąc, aż pewnego razu ostrze łopaty trafiło na skrzynie ze złotem. Skarbnik, który dotąd tylko od czasu do czasu starał się przeszkadzać, teraz zdecydowanie zadziałał. Najpierw więc pojawił się przed Kopaczem w postaci kulawego żołnierza z gwerem na ramieniu, a kiedy Józef zamierzył się na niego łopatą, zmienił się natychmiast w dużego odyńca z kłami wielkimi jak sierpy. Śmiałek nie uląkł się jednak i zaczął mozolić się nad wydobyciem skrzynki. Wówczas odyniec przeistoczył się w diabła, który począł zasypywać wykopany dół z będącym w nim Józefem. Kiedy jednak Kopacz wygramolił się jakoś i przepędził diabła łopatą, dół był już zasypany. - Diabeł zasypał? - Nie wiem, wnusiu – myślę, że to po prostu ziemia się obsunęła, ale Józef na pewno był przekonany, że to uczynił diabeł. Jął tedy od nowa mozolnie odgrzebywać jamę, ale niedługo miał spokój, bo wnet zauważył, że pełznie do niego wąż straszny, ogniem ziejący. Wyskoczył z dołu i ciął węża łopatą przez pół. Teraz już dwa węże atakowały Kopacza. Więc Józef ciął jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze, a z każdego kawałka powstawały nowe węże. W końcu było ich tyle, że zmęczony Kopacz zaniechał z nimi walki i poszedł do domu .

    W nocy umyślił sobie sposób na wydobycie skrzynki. Wziął bardzo długą linkę konopną, wymoczył ją w wodzie święconej i nazajutrz, zabrawszy ze sobą jeszcze butelkę tejże wody, poszedł nad jezioro. Wykopany poprzedniego dnia dół był zalany wodą. - To pewnie węże zalały wykop! - Myślę, że woda podsiąkała z jeziora, bo złoto było zakopane u stóp skarpy, ale ludzie mówili, że to skarbnik zalał jamę. Józef wydobył linkę, rozwinął i ułożył na ziemi, zatoczywszy nią spore kolisko, po czym przystąpił do wylewania święconej wody. Nic mu już nie przeszkadzało, bo złe nie mogło przekroczyć granicy zakreślonej liną. Za to po drugiej stronie liny działy się takie rzeczy, że i strach o nich mówić. Kopacz wreszcie wydobył skrzynkę i otworzył ją. Blask aż mu wzrok zaćmił. Brylanty, szmaragdy, topazy, opale i inne drogocenne kamienie błyszczały wśród złotych klejnotów. - „No, teraz jestem bogaty” – rzekł do siebie Józef. Wydobył skrzynkę, ale jak ją tu wynieść? Strażnik stał po drugiej stronie liny, zamieniony w borowego i dął w trąbkę. Wkrótce zjawiła się cała czereda różnych złych duchów, które natychmiast otoczył całe kolisko tak, że nie zostało ani kawałka wolnego miejsca, przez które mógłby przejść Józef Kopacz. Powiadali, że były to złe dusze kamratów strażnika, dawnych żołnierzy-rabusiów, które wspomagały swojego towarzysza. Czekał tedy Józef w tym kolisku pewnie ze dwa dni, zanim zdecydował się pójść. Wziął skrzynkę pod pachę, w drugą rękę butelkę z resztką wody święconej i ruszył przed siebie. - I przeszedł? - Posłuchaj cierpliwie do końca, Michasiu. – Przekroczył linię i kropił wodą z butelki. Brnął brzegiem jeziora i może byłby uszedł, gdyby nie zabrakło mu tej wody. Wówczas złe otoczyło go zewsząd, wię wszedł do jeziora. Złe szło za nim. Cofał się dalej i dalej, aż woda sięgnęła mu pod szyję. Wtedy zaczęły podlatywać do niego nietoperze, wielkie jak kury. Śmiałek po raz pierwszy przestraszył się naprawdę. Cofnął się jeszcze ze dwa kroki i wpadł w głębinę. Jezioro zawarło się nad nim na zawsze, wchłonęło śmiałka i złoto. Od tamtego czasu, podczas zachodu słońca woda przybiera złotawy odcień, a jezioro nazywa się Złotym Potokiem.

    Zenon Czarnecki „Złoty Potok” Wydawnictwo Lubuskiego Towarzystwa Kultury, Zielona Góra 1987

  • Legenda o Jeziorze Niesłysz

    Było to w czasach bardzo, bardzo dawnych. Nie pamiętają ich nawet najstarsi ludzie. Na miejscu dawnego grodziska nad Niesulickim Jeziorem stanął potężny zamek rycerza- rozbójnika. Przystępu do niego broniły wysokie mury, wały obronne, fosa pełna wody oraz rozsiane gęsto na dużej przestrzeni dobrze zamaskowane tak zwane wilcze doły. Nad bezpieczeństwem zamku czuwały ponadto umieszczone na murach wieże wartownicze, górujące nad całą okolicą. Za mostem zwodzonym umieszczona była ciężka krata żelazna, utrudniająca dostęp do bramy zamkowej. W podziemiach ponurej twierdzy znajdowały się lochy, w których więziono pojmanych niewinnych ludzi tak długo, aż nie zostali wykupieni przez swoich bliskich. Panem zamku był raubritter Bodo. W pewną mglistą noc wiosenną zakołatał ktoś do bram zamku, prosząc o gościnę. Podróżnym był możny, bogato ubrany rycerz polski. Towarzyszyło mu dwóch pachołków. Bodo zatarł ręce z uciechy. „Zwierzyna sama lezie w pułapkę! Cha, cha, cha, to ci gratka”- zaśmiał się do siebie. - Proście, proście! - Krzyknął donośnie na straże. – Nie godzi się podróżnemu odmawiać gościny… Zaskrzypiały łańcuchy zwodzonego mostu, powoli rozwarły się bramy, a w ślad za nimi uniosły się ciężkie kraty żelazne. Dwudziestoletni rycerz polski Radosław wjechał na dziedziniec zamkowy. Zdrożone i zgłodniałe konie zarżały radośnie, przeczuwając bliski spoczynek. Gdy po wieczerzy zmęczony podróżny również ułożył się do snu, wpadł Bodo ze swymi pomocnikami do jego komnaty. Zanim Radosław zdołał pomyśleć o obronie, leżał już skrępowany. - Widzisz, ptaszku – szydził Bodo – będzie Ci tu dobrze w mych lochach. - To na pewno jakaś pomyłka – wykrztusił Radosław. – Nigdy was, rycerzu, na oczy nie widziałem. Czego chcecie ode mnie? - On nie wie, czego my chcemy? – Zarechotał Rolad, który był prawą ręką Boda. – Pieniędzy chcemy za ciebie. Wymienimy cię za brzęczące dukaty. - Do lochów z nim! – zakomenderował Bodo. Dwóch zbrojnych pachołków Radosława spotkał ten sam los.

    W wytwornej komnacie dwie niewiasty prowadziły ożywioną rozmowę. Ściszały często głos niemal do szeptu, spoglądając trwożnie w kierunku drzwi. Młodszą była Jadwiga, córka Boda, starszą – jej niania, zastępująca dziewczynie wcześnie zmarła matkę. - Rolad powiedział, że w lochach znowu znalazł się więzień – mówiła Jadwiga do niani. – Przybył w nocy, prosząc o gościnę. W czasie snu go pojmali. Spał tak twardo, że ani się spostrzegł, gdy znalazł się w pętach. Podobno to jakiś młody polski rycerz … Oczy dziewczęcia spochmurniały, zaciskała wargi, które drżeć zaczęły jak u małego dziecka. Niańka zdawał się tego nie dostrzegać. Myślała o uwięzionym młodzieńcu, zastanawiała się, jakby mu przyjść z pomocą. Szeptała teraz cicho do przejętej dziewczyny: - Polski rycerz… Bardzo bym chciała z nim porozmawiać. Żyjemy tu odcięte od świata i ludzi, a już nigdy prawie nie udaje się spotkać rodaka… Trzeba mu pomóc, nie można zezwolić, by marniał w wilgotnych lochach… - Pójdziemy do ojca, może go przekonamy, że rozbójnictwo jest hańbą. Niańka pokiwała głową. Ona lepiej znała prawdę. Postanowiła wyjawić wszystko Jadwidze. - Moje dziecko… Rozbójnictwem trudnił się twój ojciec już w swojej ojczyźnie, tylko mało kto o tym wiedział. Gdy przybył na dwór księcia głogowskiego, robił wrażenie uczciwego człowieka, dlatego zakochała się w nim twoja matka, wywodząca się z polskiego rodu. Były to tylko pozory. Wiele łez wylała ta biedaczka: prosiła, błagała, wszystko na nic. Nieraz przyjeżdżali tu jego opryszkowie, brutalni, hałaśliwi, pijani. Często krew kazali oczyszczać ze swojej odzieży. Ojciec twój znikał potem z nimi na całe tygodnie. Nikt nie wiedział, gdzie się podziewa. Z którejś wyprawy przyniósł do tej komnaty dziecięcą odzież… Matka twoja już wtedy wiedziała, czym trudni się rycerz Bodo. Było to krótko przed twoim urodzeniem… Cierpiała strasznie, płakała rzewnymi łzami, zaklinała męża, aby porzucił rozbój i zajął się uczciwą pracą. Próbowała wreszcie i innych środków. Dwukrotnie wysłała posłańców do swojej polskiej rodziny i do księcia głogowskiego. Bodo miał jednak wszędzie szpiegów. Posłańców ujął i na oczach matki zakłuł mieczem. Cóż więc mogła biedaczka zrobić? W strapieniu nie wychodziła już ze swego pokoju. Posiłki zabierano od niej nietknięte. Pewnego dnia, w oczekiwaniu na śmierć, przywołała mnie do siebie i powierzyła twoje wychowanie. Pamiętam jeszcze jej ostatnie słowa: „Gdy się nadarzy okazja, uchodź z Jadwigą do Polski…” Jadwiga słuchała z zapartym tchem. Twarz jej poważniała, wreszcie zdobyła się na decyzję. - Nianiu – powiedziała – spełnimy polecenie mej biednej matki. Uwolnimy tego rycerza, raźniej nam będzie uciekać. Wybadaj wszystkie tajemnice. Sprawdź wyjście zamkowe, przygotuj, co potrzebne, do drogi … Ja zajmę się więźniem. Dowiem się, jak jest strzeżony, kto ma klucze do lochów … Z tym się rozstały. Jadwiga nałożyła do koszyka różnych smakołyków i w upatrzonej chwili, gdy Bodo siedział przy wieczerzy, pobiegła do lochów. Strażnicy, zajęci grą w kości, nie robili trudności. Pomknęła w ciemny głąb korytarza. Ciężkie, dębowe drzwi, nabijane dużymi gwoździami, oddzielały ją teraz od więźnia. Na wysokości ramienia człowieka znajdował się zakratowany otwór, przez który podawano więźniowi pożywienie. Spojrzała w głąb celi, panowała w nim zupełna ciemność. Wtedy nie opodal spostrzegła pozostawiony przez straże kaganek. Podniosła go szybko i ponownie pobiegła do drzwi celi. - Rycerzu! – zawołała szeptem. – Rycerzu! … - powtórzyła. Po chwili więzień podszedł do zakratowanego otworu. W migotliwym, słabym świetle ujrzała jego twarz. „Jaki on piękny” - pomyślała Jadwiga. Długą chwilę stała wpatrzona w jego oczy, nie mogąc ze wzruszenia wymówić słowa. Wreszcie wyszeptała zdławionym głosem: - Jestem Jadwiga. Razem z niańką chcemy cię uwolnić i odejść stąd daleko. Radosław był zaskoczony. To, że uwolnienie przyjdzie z serca gniazda rozbójniczego, przekraczało jego marzenia... Tymczasem Jadwiga przez okienko w drzwiach prowadzących do lochu zaczęła podawać więźniowi przyniesioną przez siebie żywność. A potem jeszcze długo patrzyła w oczy Radosława. Jakieś dziwne uczucie zaczęło wdzierać się do jej serca. - Muszę już odejść – wyszeptała wreszcie. – Mógłby mnie ktoś zobaczyć... Jutro przyjdę znowu. Bywajcie...

    W komnacie czekała już zaniepokojona stara piastunka. - Musimy jeszcze jakiś czas tu zostać. Furtka w murze jest zamknięta, nie wiem, kto ma do niej klucz. Poczekamy, aż Bodo z Rolandem wyruszą gdzieś na wyprawę. Szpiegów już rozesłali. Wiosna w pełni, drogi obeschły, kupcy ciągną z towarem... - To może długo potrwać – zauważyła Jadwiga. – Ale innej rady nie mamy... Udały się na spoczynek. Tej nocy Jadwiga nie spała. W pamięci przywoływała obraz Radosława, syciła się jego widokiem. O takim rycerzu marzyła zawsze i nuciła w pieśniach smętnych jak jej życie. Jak go uwolnić? Jak mu dopomóc? Zdecydowała się pójść do ojca i prosić go o uwolnienie więźnia. Chyba nie zechce odmówić prośbie swej córki? Równo ze świtaniem była już na nogach. Długo wędrowała po zamku, oczekując stosownej chwili. W nocnych rozmyślaniach rozmowa z ojcem wydawała się łatwa. Teraz brakło jej na nią odwagi. Wreszcie z bijącym trwożnie sercem przystąpiła do drzwi komnaty i nacisnęła klamkę. Bodo siedział przed dzbanem piwa. Niechętnie spojrzał na wchodzącą córkę. - Ojcze, chcę cię o coś prosić – powiedziała nieśmiało. – Nigdy cię o nic nie prosiłam. To jest moja pierwsza prośba. Uwolnij tego polskiego rycerza. Wypuść Radosława z lochów i pozwól mu wrócić do domu. Nalana, czerwona twarz Boda stała się fioletowa. - Zmysły postradałaś? Widzę, że się w tobie odzywa krew matki. Zajmij się lepiej kądzielą. Ten chłystek przyniesie mi dużo pieniędzy. A gdy zbiorę dużo złota, wrócimy nad Ren. Dość mam tych borów i tego pustkowia. Zostaniesz tam żoną możnego pana, może nawet księcia. Dla ciebie potrzebuję pieniędzy. Chcę ci stworzyć lepsze życie niż moje... - Ja nie chcę nad Ren, ojcze. Tu jest grób mojej matki. Tu wyrosłam. Tu bym chciała pozostać. Nie chcę pieniędzy ani bogactwa uzyskanego krzywdą i cierpieniem. Porzuć rozbójnictwo i żyj jak inni ludzie. Odpraw Rolanda, on jest twoim złym duchem... Bodo uniósł się straszliwym gniewem. - Wyjdź stąd natychmiast! Jeszcze słowo, do lochów każę cię zamknąć. Ty... – nie dokończył. Dawno już jej nie było w jego komnacie, a wzburzony Bodo ciągle nie mógł się uspokoić. Nie dla córki wszak pragnął bogactwa. Marzył o sławie, rządach nad Renem, o wielkiej władzy... Tymczasem tutaj ta dziewczyna staje mu na przekór, śmie rad udzielać... - Ale żmije wyhodowałem – powtarzał ze złością, przemierzając komnatę długimi krokami. – Co z nią zrobić? Odpraw Rolanda, powiedziała...Już wiem, już wiem. Taj będzie najlepiej. Wydam ją za Rolanda, on z nią sobie poradzi. Odprzedam mu zamek, mogą tu pozostać z Jadwigą. Przeklęty namiestnik księcia głogowskiego, Jan Karnkowski z Głogowa, coraz bardziej mi się dobiera do skóry. Niedawno kazał stracić Czarnego Krzysztofa... Dobry był kompan... Mieszczanie zniszczyli ostatnio zamek raubrittera Piotra Lossowa w Boczowie. Ledwo sam z życiem uszedł. Lepiej wrócę nad Ren. Starczy mi na życie... Długo tak chodził Bodo tam i z powrotem bez celu. Nagle chwycił młotek leżący na stole i uderzył nim w stalową płytę wiszącą na ścianie. Po chwili w drzwiach stanął pachołek. Kazał mu sprowadzić córkę przed swe oblicze... Długo spoglądał na nią ostro, uważnie. Przywołał wreszcie na usta grymas mający wyrażać uśmiech. - Chcę ci zrobić przyjemność... – powiedział. W oczach Jadwigi pojawiły się ciepłe blaski. „Chce uwolnić Radosława – przebiegło jej przez myśl. – Wysłuchał mojej prośby... Nie jest taki zły, jak o nim mówią...” Tym bardziej ją przeraziły jego następne słowa: - Zamierzałem cię zabrać nad Ren. Nie chciałaś, prosiłaś, bym porzucił rozbójnictwo i odprawił Rolanda. A więc stanie się zadość twej woli. Skończyłem z rozbójnictwem, rozstają się także z Rolandem... - Ojcze, jakże się cieszę!... Dłonią nakazał jej milczenie. - Sam wracam do mej ojczyzny. Zostaniesz tu z Rolandem, któremu oddaję cię za żonę. Za posag otrzymasz Radosława. Roland już będzie wiedział, co z nim zrobić... Jadwiga zbladła jak śnieg. W oczach jej ściemniało. - Nigdy, ojcze! Błagam cię, nie oddawaj mnie Rolandowi, temu oprawcy. Wolę śmierć. Wolę iść do klasztoru... - Do klasztoru? Nie. Zostaniesz tutaj. Roland cię pojmie za żonę. Do klasztoru oddam tę starą wiedźmę, która ciebie ciągle buntuje. Zrobię jej tym wielką łaskę, bo Roland od dłuższego czasu prosił mnie, bym mu pozwolił utopić babę na środku jeziora... Kazałem wszystko sposobić do waszego wesela. Po księdza także posłałem. Ślub odbędzie się jutro w kaplicy zamkowej. A teraz odejdź. Jadwiga wyszła bez słowa. Była oszołomiona i niezdolna do jakiegokolwiek działania. Udała się wprost do swej powiernicy. - Jestem zgubiona – wyszeptała, przestąpiwszy próg. – Mam wyjść za mąż za Rolanda. Ksiądz już wezwany. Ty pójdziesz do klasztoru... Ojciec wyjeżdża nad Ren... Jako posag darowuje mi Radosława... Więcej nie mogła mówić. Z piersi jej wyrwał się długo tłumiony szloch. Stara piastunka przytuliła ją serdecznie do siebie i gładząc po jasnych włosach szeptała cicho: - Uspokój się. Nie płacz. Nie zezwolimy na to. Jeszcze dzisiejszej nocy razem z Radosławem opuścisz zamek. Jutro może być już za późno. Mam jeszcze zaufanych ludzi. Nie zawiodą nas w potrzebie. Otucha wstąpiła w serce dziewczyny. Nie mogła się doczekać nocy, liczyła godziny... Nadchodził wieczór. Na dworze było gorąco i duszno, zanosiło się na burzę. Złowroga cisza zawisła w powietrzu. Powoli noc zaczęła rozpościerać swe czarne skrzydła. Daleko na horyzoncie błyskawice raz po raz rozdzierały niebo. Ruch w zamku zamierał, powoli gasły światła, tylko echo w pobliskim borze odbijało okrzyki straży. Później i one zamilkły. W komnacie niewieściej czuwano. Jadwiga była niespokojna. Piastunka cicho szeptała modlitwy. Naraz dobiegło do nich trzykrotne wołanie puszczyka. Stara kobieta poderwała się z miejsca. - Słyszysz? Idziemy. To znak dla nas. Idź cicho do furtki w ogrodzie, a ja się zjawię tam z Radosławem. Pamiętaj, bądź ostrożna... Niedługo czekała Jadwiga przy furtce. Po chwili dwa cienie oderwały się od zamku, kierując się w jej stronę. - Idźcie, moje dzieci. Niech was Bóg prowadzi – powiedziała piastunka, otwierając wyjście zdobytym kluczem. – Nad jeziorem są łodzie. Zabierzcie jedną i płyńcie w kierunku południowym, w stronę półwyspu leżącego na drugim brzegu jeziora. Po przybyciu na miejsce zepchnijcie łódkę do wody. To zmyli ślady... - A ty nie pójdziesz z nami? Bez ciebie nie ruszę się z miejsca – postanowiła Jadwiga. - Nie mogę. Rano wyruszy pogoń. Ktoś z nas ocaleje na pewno. Idź już. Psy się gotowe pobudzić, straże nas mogą zobaczyć w świetle błyskawicy... Idźcie. Żegnajcie – wypchnęła ich niemal siłą. Zbiegowie nie doszli jeszcze do brzegów jeziora, gdy na dziedzińcu zamkowym rozległo się donośne szczekanie psów. Biegiem dotarli teraz do łódki i zepchnęli ją z brzegu na wzburzone fale.

    W pokoju Boda zabłysło światło. - Co się tym psom stało? Czyżby ktoś przybył? – Nasłuchiwał chwilę, psy od nowa zaniosły się wściekłym ujadaniem. „Coś w tym musi być”, myślał Bodo. Nie wahał się już, narzucił na siebie płaszcz i szybko udał się do komnat niewieścich. Były puste. Zmełł w zębach przekleństwo i stanął niezdecydowany. Zaraz jednak przyszedł mu na myśl Radosław. „Czyżby i on także?” Jak szalony biegł do podziemi. Straż spała twardo. Po kątach walały się nie dopite dzbany z miodem i piwem. Kopnął nogą najbliżej leżącego. Odpowiedział niezrozumiałym pomrukiem i spał dalej. Cela Radosława także była pusta. Nieprzytomny z wściekłości wybiegł na dziedziniec zamkowy. Straże przy bramie czuwały. Tędy więc przejść nie mogli. Może furtka w ogrodzie? Zdyszany dobiegł do niej... W świetle błyskawicy zauważył ciemną postać, rozpoznał starą piastunkę. - Ty wiedźmo! – krzyknął. – Zapłacisz mi teraz za wszystko. W nieprzytomnej wściekłości ściął ją mieczem. Padła, nie wydając jęku. Skrzyknął straże. Wszczął się ruch. Zabrzmiały rogi. Zjawił się Roland. - Co się stało? - Jadwiga uciekła wraz z więźniem. Trzeba ich ścigać. Wyszli za mury, pilnie śledząc okolicę. Było bardzo ciemno, niczego nie mogli wypatrzeć. Roland pobiegł po psy, zwolnił je z uwięzi, nadbiegły całą sforą. Nie rozumiały od razu, czego Bodo od nich chce. Wreszcie węsząc przy ziemi, zaczęły posuwać się śladami zbiegów w kierunku Niesulickiego Jeziora. W krótkim czasie stanęli wszyscy nad brzegiem. Roland zauważył brak jednej z łodzi. Grzmoty przelewały się po niebie. W świetle błyskawicy ścigający ujrzeli maleńką łódź kołyszącą się na falach jeziora. Za chwilę kilkanaście par silnych rąk ujęło wiosła. - Prędzej, prędzej! – przynaglał Bodo. Wioślarze dobywali wszystkich sił. Maleńka łódeczka była coraz bliżej. Bodo dobył miecza. - Wykąpię go w krwi tego chłystka – mruczał przez zaciśnięte zęby. - Radosław przestał wiosłować. Prześladowcy byli tuż, tuż. Widział, że im nie ujdą. Postanowił bronić się wiosłem – miecz jego pozostał w zamku. Bodo pierwszy natarł na Radosława. Ugodzony wiosłem w ramię, wypuścił miecz, który z pluskiem wpadł do wody. Jadwiga krzyknęła, bo w tym samym czasie Roland rzucił się ku niej, chcąc ją porwać. Wymknęła mu się i skoczyła do wody, tylko jej biały welon pozostał, w jego dłoniach. Nad Radosławem uniosły się dzidy, zalśnił czyjś miecz, gdy nagle straszliwa błyskawica rozdarła niebo. Piorun z ponurym grzmotem uderzył w łódź napastników. Jakby pchnięta w dół niewidzialną dłonią, wielka łódź z całą załogą pogrążyła fale. Czas jakiś jeszcze na powierzchni wody widać było zaciśniętą rękę Rolanda z białym welonem Jadwigi. Potem zniknęła. Radosław wciągnął dziewczynę do swej łódki. Jezioro dziwnie szybko zaczęło się uspokajać. Księżyc wypłynął na niebo, rozpraszając ciemności nocy. Młodzi płynęli ku brzegom, ku swym lepszym losom.

    Odtąd w każdą rocznicę tej nocy, w miejscu wypadku – a poznać je łatwo, gdyż widnieje tam ciemna plama na jaśniejszej toni jeziora – dają się zauważyć niesłychane dziwa. Potężny szum niesie się od głębin, szaleją fale, trzciny dygocą jak za podmuchem wiatru, pozostała część wody jest gładka jak lustro. A potem ukazuje się na powierzchni ręka ściskająca biały welon.

    Legaenda pochodzi ze zbioru "Marianna oraz inne podania i legendy lubuskie" Wydawnictwo Poznańskie 1986 r. Wybór z tomu pt. "Złota dzida Bolesława" pod redakcją Jemisza Koniusza wyd. 1970 r.

  • Opowiadanie: Dziewięć spotkań z dzikami

    Ilekroć Złoty wspominam ja Potok. Znów w mieście siedząc przy Biurku,

    Przymrozek liście matuje na złoto

    I byka słyszę na wzgórku.

    Ach czemuż muszę siedzieć w Warszawie

    I serce swe brać na otok!

    O, Dyrektorze, zezwól łaskawie,

    Odwiedzić znów Zloty Potok.


    Nie wiem, czy ten niezbyt oficjalny załącznik do oficjalnego wniosku o odstrzał, wysłany niezbyt urzędową drogą dotarł swego czasu do adresata, ale już cztery kolejne wrześnie dane mi było kroczyć ścieżkami tego łowiska z bronią na ramieniu.

    W tym roku zapragnąłem obejrzeć Złoty Potok w majowej zieloności.

    I oto wynurzam się z lasu nad rozległe pole z niedawno posianą kukurydzą. Tam według informacji miejscowego my­śliwego, powinny wychodzić dziki. Dryling co prawda został na kwaterze, gdyż zezwolenie, które mi obiecano gwoli szybkości tu przesłać, utknęło widocznie gdzieś na poczcie, ale jak tu usiedzieć pod dachem w ten cudny majowy poranek, gdy las cały tętni setkami ptasich głosów a promienie słońca przebijają przez welon lekkiej mgiełki. Na polu pustka, postanawiam jednak obejść je, aby sprawdzić tropy i zajrzeć na jego drugi koniec, niewidoczny za lekkim pagórkiem, a dotykający zagaj­nika następnego lasu.

    Po przejściu stu metrów dostrzegam stary trop potężnego dzika - odyńca niewątpliwie, przecinający na ukos pole, a gdy po dalszych dwustu metrach osiągam ów pagórek, na polu pod zagajnikiem widzę ciemne sylwetki. Lornetka w mig je przybli­ża. No tak, dziki. Trzy duże sztuki, dwie nieco mniejsze i mnóstwo warchlaków. Dorosłe sztuki pracowicie buchtują, wy­bierając ziarnka kukurydzy, małe właściwie tylko baraszkują, są w ustawicznym ruchu i nie mogę ich policzyć. Wykorzystując parę przydrożnych drzew i krzewów podchodzę bliżej. Teraz już wiem, że dwie z dużych sztuk są na pewno prowadzącymi lochami, że dwie mniejsze to obecne przelatki (chyba zeszłoro­czne warchlaki którejś z tych loch), ale czym jest trzecia duża sztuka, trzymająca się stale nieco na uboczu? Pewnie wycinek albo jałowa locha.

    Dziki wolno przesuwają się w moją stronę; jestem zasko­czony, gdyż u tej samotnej sztuki dostrzegam nabrzmiałe sutki. A warchlaki wcale do niej nie podchodziły.

    Piętnaście po piątej, a więc już w pełni dnia, dziki bez pośpiechu schodzą do lasu. Wierząc, że następne spotkanie z nimi nie nastręczy mi trudności, dwie zaś mniejsze sztuki kwalifikują się do odstrzału, wracam pełen entuzjazmu na kwaterę. Wieczorem jestem znów w lesie (ciągle nie mam jeszcze zezwolenia na odstrzał, choć miało przyjść na tutejszą pocztę ekspresem), więc i tym razem dryling został na kwate­rze. W sosnowym starodrzewiu z podszytem jest spora wyspa brzeziny stykająca się z polem, mocno i świeżo pobuchtowana przez dziki. Wybierając dogodne dla obserwacji i odpowiednio do wiatru usytuowane miejsce, czekam aż do zupełnych cie­mności. Wyszedł tylko młody rogacz.

    Rano idę w to samo miejsce. Zatrzymują mnie ciemne plamy wśród zbóż. Dwie duże sztuki, cztery mniejsze i znów mnóstwo warchlaków.

    Dziki wolno posuwają się równolegle do linii, ja podążam za nimi, stale obserwując je przez lornetkę. Dwie duże sztuki to prowadzące lochy, cztery mniejsze to przelatki, trzymające się z matką i młodszym rodzeństwem, a więc mógłbym je strzelać, gdybym miał zezwolenie w kieszeni. Pocieszam się jednak, że może jest już na poczcie, a dziki - i te wczorajsze, i te dzisiejsze - są przecież murowane.

    I właśnie pod zagajnikiem, w który weszły wczorajsze dziki, zasiadam wieczorem, nadal bez zezwolenia i broni, jako że to niedziela i poczta nie była czynna.

    Siedziałem długo. Dobrze już szarzało, gdy za plecami usłyszałem chrząknięcie dzika. Powoli zbliżała się locha z war­chlakami; słyszałem ich cienkie głosiki. Ale mimo że wiatr miałem dobry, przezorna matka coś podejrzewała i wycofała się cicho.

    W parę minut później o kilkadziesiąt kroków ode mnie wynurzyły się z zagajnika trzy sylwetki. Rozpoznałem przez lornetkę dwie większe stuki, jedną mniejszą i warchlaki. Kiedy sobie w myślach teoretyzuję, czy i co bym teraz strzelał, dziki szybkim kłusem przecinają pole i nikną w zagajniku: za nimi galopuje sarna. Nie wiem, co mogło je spłoszyć.

    Ranek był trochę dżdżysty i zamglony. Wychylam się zza rogu zagajnika, przecinając po drodze świeży trop dużego dzika,

    podobny do widzianego za pierwszym razem. Duża sztuka na polu. Jest to niewątpliwie właściciel napotkanych tropów. Ob­serwuję go dłuższy czas, jak pracowicie wyjada kukurydziane ziarno. Naraz dzik nastroszył się, znieruchomiał na chwilę i szybkim truchtem ruszył przez pole w kierunku załamania zagajnika.

    W drodze powrotnej obserwuję ciekawą zabawę, a może zaloty. Dwa duże dzięcioły siedzą pionowo po przeciwległych stronach pnia topoli, wychylają się do siebie jakby mówiąc "a kuku" i znów wracają do pierwotnej pozycji.

    Zezwolenie wreszcie nadeszło, lecz na sąsiedni obwód, co zmusiło mnie do długich marszów i przeznaczenia dwóch dni na poznanie nowego terenu.

    Pozostałem wierny kukurydzy i oto wieczorem, gdy księżyc wyszedł już zza lasu, podszedłem do kukurydzianego pola, mocno z buchtowanego, jak uprzednio stwierdziłem, przez dzi­ki. Są! I tu podziwiam mądrość dzików. Żerują pod lasem na tej części pola, którą pokrywa cień drzew. Czasem jakaś sztuka wychyli się na oświetloną przestrzeń, lecz wkrótce znów jest w cieniu. A z odgłosów wnioskuję, że dzików jest sporo i że nie­wątpliwie są tu również warchlaki. Postanawiam czekać, aż księżyc wzniesie się wyżej, skracając cień, z którego wreszcie wyjdą dziki. Na próżno, gdyż zwierzęta zniknęły nagle bezgłoś­nie. Chyba i tym razem wiatr jakoś zakręcił.

    Tej nocy nie zmrużyłem oka. Było już po północy, gdy wychyliłem się na pole niedawno wzeszłego łubinu, najmniej spodziewając się tam dzików. Po prostu szedłem tędy w kierun­ku zaobserwowanych buchtowisk. A na łubinie dwie ciemne sztuki. W szkłach lornetki widzę koło jednej z nich warchlaki, druga jest ciągle jakieś 30-40 kroków obok; warchlaki do niej nie podchodzą. Waham się. Dzień odjazdu zbliża się i zainwes­towane trudy dobrze by było już zdyskontować, ale warchlaków jest kilkanaście - za dużo jak na jedną, niewielką matkę. Cień wątpliwości zatrzymuje broń na ramieniu.

    W lesie zbliżające się trzaskanie. Następne dziki? A więc może... O jakieś 30 kroków ode mnie, przywartego do telefoni­cznego słupa, śmiało wychodzi z lasu chmara jeleni. Najpierw łanie, potem młode byki w scypule i całe towarzystwo najspo­kojniej zaczyna żerować na łubinie, w sąsiedztwie dzików. Aczkolwiek i jedna, i druga zwierzyna nie dla mnie, coś nie pozwala mi się ruszyć, by jej nie spłoszyć. Stoję tak z pół godziny i gdy jelenie pociągnęły głębiej w pole, jak najostrożniej wyco­fuję się. Fuknięcie lochy, za chwilę tupot jeleni i jakby kurtyna zapadła...

    Niebo zaczyna już blednąc na wschodzie, księżyc zaszedł, gdy od strony lasu podchodzę do kukurydzianego pola, na którym wieczorem widziałem dziki. Daleko - kilkanaście jed­nakowych sylwetek. Dziki? A może jelenie, bo sztuki są na styku pola i łąki? Chyba jelenie. Ostrożnie podchodzę przy ścianie lasu, aby się upewnić. Ależ to dziki! Stoję za drzewem i obserwuję. Dwanaście jednakowych sztuk, przelatków.

    Ponieważ dziki, jak to w dzień stwierdziłem, wychodziły z lasu od tej strony, gdzie teraz jestem, postanawiam czekać, gdyż na razie trochę za daleko i za ciemno. Stoję tak parę minut, gdy wtem szarża! Dziki, uformowane w wachlarzyk, pędzą galopem wprost na mnie i nikną w lesie. O celowaniu przez lunetę nie mogło być mowy. A to ci pech! Coś je spłoszyło.

    Zrezygnowany, wracam na kwaterę i zasypiam kamien­nym snem.

    Józio towarzysz łowów, tarmosi mnie za ramię, budząc do szukania rogacza, który zrobił rakietę i dał farbę. Leśniczy, pies i my, najpierw jedziemy, a potem idziemy.

    - Gdzie farba? - pyta leśniczy.

    Okazuje się, że na kamiennym sześcianie, zdobiącym wie­rzchołek kopca granicznego, między chłopską łąką a państwo­wym lasem. Rzeczywiście, pięć czy sześć krągławych plam wiśniowego koloru. Leśniczy pociągnął palcem po farbie. Pomy­ślałem: po co - w parę godzin musi być już zaschnięta!

    - To farba, ale... olejna - wyrokuje leśniczy. Wybuchamy śmiechem. Rzeczywiście, olejna. Już mi tylko został wieczór i ranek.

    Słońce jeszcze wysoko, gdy idę leśną drogą w kierunku pól. Cicho, ciepło, bezwietrznie. Kątem lewego oka dostrzegam na linii dzika. Ręce mimo Woli łapią za dryling. Ale... Po pierwsze, co to jest, a po drugie - mnie wolno tylko na polach. A dzik wciąż stoi, tyle że trawy zasłaniają spód brzucha i nie widać ewentu­alnych oznak macierzyństwa.

    "To już moje ósme spotkanie z dzikami" - konstatuję, ruszając dalej.

    I wreszcie rano. Samotna sztuka na przypolnej łące. Gdy spoglądam przez lornetkę, zza jałowca wychodzi druga i war­chlaki. Chyba te dwie sztuki z łubinu, bo to w tej stronie, i znów warchlaki koło jednej, a druga na uboczu. Lecz lornetka nie kłamie - karmiąca matka. O, jakże łatwo o pomyłkę w tym maju i ile trzeba mieć zimnej krwi! Warto to zanotować, by nie żałować poniewczasie.

    Kilkunastoma sarnami na tejże łące żegna mnie Złoty Potok, mam nadzieję, że na na krótko.

    Stanowczo nie miałem tym razem szczęścia do dzików.

    Tak szczęścia, bo w dwa tygodnie później w innym łowisku, na drugim krańcu kraju, maszerującemu szosą przez las na łąki, gdzie miałem nadzieję spotkać rogacza, przecięły drogę już w pełnym rannym świetle trzy przelatki. Trzeciego zdążyłem skutecznie złapać w lunetę.

  • Opowiadanie drugie

    Gwarno i wesoło było tego września w nadleśnictwie Złoty Potok. W potężnej willi nad pięknym jeziorem zebrali się my­śliwi dewizowi, trzej Austriacy i dwaj Belgowie, ich piloci orbisowscy, nadleśniczy z żoną, ich dwaj dorośli synowie oraz ad­iunkt w spódnicy.

    Z nadleśnictwa tego wywiozłem wiele wspomień myśliw­skich, a gdy dostanie odstrzału byka jelenia na rykowisku stało się prawie niemożliwe, nadleśniczy, z którym się zaprzyjaźniłem, namówił mnie, bym wziął w "Orbisie" pilotowanie grupy au­striackiej. Tak się też i stało. Bym się nie nudził, szef nadleś­nictwa załatwił mi odstrzał dzika i łani na nierykowiskowej części łowiska.

    Duszą całego towarzystwa był Franz O., starszy, grubawy pan, wesoły, jowialny i dowcipny. Nie stronił od kielicha i przypominał mi trochę Zagłobę. W Złotym Potoku strzelił wów­czas dwudziestego piątego byka. Jubileusz ten obchodziliśmy hucznie, a finałem było wychylenie duszkiem przez jubilata półlitrowego chyba pucharu, zawierającego mieszaninę wszy­stkich dostępnych alkoholi.

    Podprowadzającymi myśliwych dewizowych byli leśniczo­wie, jedynie Franza zabierała już od lat do kniei panna adiunkt. Na któreś z popołudniowych wyjść nie mógł z ważnych przyczyn stawić się leśniczy i nadleśniczy za poradą panny adiunkt powierzył funkcję podprowadzającej jej młodszej koleżance, pannie Teresce, studentce drugiego roku leśnictwa, która na parę dni zawitała do Złotego Potoku.

    Zgodnie z dyrektywą nadleśniczego, wysoki i chudy Au­striak i panna Tereska mieli iść w kierunku, gdzie nigdy byki nie ryczały, lecz gdzie było poletko z amboną. Droga tam była prosta i to chyba zaważyło na decyzji nadleśniczego, obawiają­cego się zabłądzenie nie znającej łowiska podprowadzającej. Dla mnie było oczywiste, że miał to być tylko spacer dla wypeł­nienia gościowi popołudnia.

    Sam poszedłem dość daleko na skraj lasu, przed którym widniała kukurydza. Liczyłem oczywiście na dzika. Wróciłem chyba ostatni. Towarzystwo siedziało przy stole, na którym nie brakowało butelek. Nastrój był niecodziennie ożywiony. Oka­zało się, że podopieczny panny Tereski strzelił byka, którego wieniec wszyscy wstępnie oceniali na brązowy medal, co w Zielonogórskiem było już wiele.

    Panna Tereska w stanie podniecenia, utrwalonego może kieliszkiem szampana, opowiadała piąte przez dziesiąte całe wydarzenie. Jako nowo przybyły siadłem niedaleko niej i po­prosiłem, by opowiedziała mi od początku całość, na co chętnie przystała.

    - Szliśmy prosto chyba z kilometr i doszliśmy do poletka, gdy słońce było jeszcze dość wysoko. Oboje dostrzegliśmy na środku poletka leżącego byka. Cichutko weszliśmy na ambonę, a byk leżał dalej. Austriak spojrzał na mnie pytająco. Nie miałam pojęcia, czy to byk odstrzałowy, ale kiwnęłam twierdzą­co głową. Myśliwy złożył się i strzelił. Byk został na miejscu.

    - To może on był zepsuty? - spytałem.

    Polscy słuchacze wy buchnęli śmiechem, a dziewczę obra­ziło się śmiertelnie.

    Drugiego dnia znalazłem okazję zapytać ewentualnego zdobywcę brązowego medalu, czy bardzo się natrudził przy patroszeniu, skoro nie miał podprowadzającego, lecz podprowa­dzającą.

    - Wcale nie - odrzekł. - Ja tylko trzymałem, a ona wzięła ode mnie nóż i byka sprawnie wypatroszyła. To bardzo dzielna i ładna młoda dziewczyna.

    Przykro mi się zrobiło z powodu mego wczorajszego żartu. By załagodzić sprawę, musiałem Teresce wręczyć bukiet róż, po który jeździłem aż do powiatowego miasta. Gdy już się roz­chmurzyła, opowiedziała mi, że jej ojciec jest myśliwym, ona mu nieraz w kniei towarzyszyła i widziała, jak jej rodzic patro­szy jelenie i dziki.

    Spytacie, drodzy czytelnicy, co to był za dziwny jeleń, który się nie spłoszył i w biały dzień leżał jak tarcza na poletku. Niechybnie normalny jeleń by się tak nie zachował, lecz żad­nych dociekań ze względów dyplomatycznych - nie psuć radości gościowi - nie wszczynano.